Wino, ocean, most w stylu wieży Eiffela i kamienice o powierzchni teoretycznie niezamieszkiwalnej. Porto warto odwiedzić z wielu względów, a Portugalia to jeden z TOP kierunków ostatnich lat. Bo ładnie, blisko, nie najdrożej. Zauważyli to także organizatorzy eventów, którzy najpierw skolonizowali Chorwację, a teraz zabrali się za Portugalię. Na początku roku pisaliśmy o kilkunastu dużych eventach na przestrzeni kilku miesięcy i kilkuset kilometrów. (Zobacz TUTAJ). Na pragmatyczne testy klubowe wybraliśmy RPMM Festival w Porto.

Pierwszy raz udało się nam obserwować weekendowy festiwal od pierwszych do ostatnich minut. Przez w sumie 24 godziny soboty i niedzieli. Jak to możliwe? Trochę było w tym przypadku, bo okazało się, że pokój w kamienicy, który wynajęliśmy znajdował się… na przeciwko centrum Alfandega w Porto. Czyli tam, gdzie odbywał się główny festiwal. Konkretnie za płotem. Właściciele kamienic musieli być zdziwieni, bo jak zwierzył nam się wynajmujący, tydzień wcześniej w tym miejscu odbywał się… zlot osób malujących pejzaże. Tydzień później zaserwowano im 4 na 4. Nikt nie przykręcał głośności, uwierzcie, że wszystko (łącznie z podłogą i szklankami w kuchni) trzęsło się nam w mieszkaniu w sobotę od 12 do 24 i w niedzielę od 13 do 22. (Może nieświadomie braliśmy udział w kręceniu klipu promującego booking.com?)

(By the way. W Płocku na festiwal lokum w takiej lokalizacji kosztowałoby 27 450 złotych za osobę za noc i trzeba by go zarezerwować 50 lat wcześniej. W Porto mieszkań w okolicy do wynajęciach w normalnych cenach od wyboru do koloru).

Samo centrum Alfandega to wielki, historyczny budynek tuż nad rzeką Douro. Z drugiej strony wody widać charakterystyczne kamienice na wzgórzach i kilka winnic. Główną scenę festiwalu zlokalizowano na powietrzu, tuż nad wodą, na niewielkim, ale wciśniętym między zabudowę, a jedną z głównych ulic placu. W zasadzie spacerując po mieście można było słuchać muzyki i widzieć artystów, co wielu mieszkańców robiło przez cały weekend. Impreza w sobotę rozkręcała się powoli, o muzyczne ambicje dbał w sobotę Matthew Dear, który zaserwował live’a, zaczął śpiewać i grać na gitarze. Trochę melancholijnie, trochę lirycznie, wiecie, rzeka, ciepło, ale… co tam dużo mówić dynamizmu to nie dodało, osobiście wolę Deara po prostu jak gra sety.

Po nim w Porto przyszedł czas na Âme. Na scenie pojawił się Kristian i na dwie godziny przejął dowodzenie. Placyk zapełnił się ludźmi, kiedy rozpoczynał się set było jeszcze jasno, kiedy się kończył, słońce nad winnicami było już daleko za pagórkiem i mostem… Zgodnie z przewidywaniami ten set był esencją festiwalu i jego najciekawszym momentem. Kristian w sandałach i białym kaftanie jak profesor rozdawał karty, choć nie był specjalnie rozentuzjazmowany. Pięknie zagrał „Countach” od Butcha, wyłapaliśmy też „Monoceros” Can Durmus czy „Kolibri” Nicolai Masura. Set profesorski.

Po Âme na scenie pojawił się Guy Gerber, zaczął grać trochę inaczej, nieco mocniej, więc postanowiliśmy zobaczyć jeszcze drugą scenę. Ta ukryta była w hangarze dosłownie 20 metrów obok sceny głównej. W środku nie bawiło się zbyt wiele osób, line-up skrojony był tam dość alternatywnie (z Barackiem na czele), ale kilka razy w ciągu festiwalu parkiet zapełnił się, gdy na scenie głównej trwała technologiczna przerwa. Podejrzewam, że w przypadku deszczu hangar także spełniłby swoją rolę, w środku znajdował się także drugi bar. Poza tym alternatywa dla maina – zawsze na plus.

Skoro o barze mowa… Technologia płatności? Wydawane przez festiwal karty płatnicze, które doładowywało się w kasie głównej. Piwo było za dwa euro, ale my zdecydowaliśmy się na rozwiązanie godne Półwyspu Iberyjskiego. Lodowata sangria „z kija” to jest to! Pije się jak kompot. Cena? Trzy ojro. Można żyć.

Dzienna część festiwalu zakończyła się o 24:00. I wtedy rozpoczęła się druga tura imprez, która rozlała się po mieście. Przyznam, że to zapożyczone z Barcelony czy Amsterdamu rozwiązanie to clue clubbingu. Ciężko dokonać wyboru i szkoda decydować, bo w różnych punktach miasta w dwóch różnych klubach grali tej nocy na przykład Darius Syrossian czy Margaret Dygas. My nie wiedzieliśmy jednak czy iść na Matthiasa Tanzmanna czy na Art Department.

Wybór rozwiał się szybko, bo okazało się, że to dwie sale jednego… no właśnie… jednej przestrzeni. Po zakończeniu imprezy dziennej, z odległego o jakieś 400 metrów miejsca, słychać było kolejne uderzenia… I tak trafiliśmy do Cais Novo. Miejsca, które podczas spaceru nad rzeką widzieliśmy dwa dni wcześniej i które przyciągnęło naszą uwagę… wyglądając jak ruina.

Tymczasem w sobotę o 24:00 niedostępna brama się otworzyła, a z klimatycznego podwórka wychodziły dwie sale starej winiarni. Jedna w lewo, druga w prawo. Zdawało mi się, że słyszałem gdzieś „Personal Slave” w remiksie Harrego Romero od Honey Dijon i choć tamte imprezy w ruinie miały potencjał, to z ciężkim sercem muszę przyznać, że do Cais Novo tłum ludzi nie dotarł. Tak to ujmijmy. Miejsce jednak totalnie odjechane.

Organizatorzy ogólnie nie mieli za dużo szczęścia, bo Ryanair odwołał na ten weekend kilka lotów z Wielkiej Brytanii do Portugalii (akurat te!), a w Lizbonie, do której pociąg jedzie dwie godziny w weekend odbywał się Brunch In The Park, którego headlinerem był Paul Kalkbrenner.

To jeszcze krótka relacja z niedzieli. Około 12:00 pięknie obudził nas w łóżkach odkręcony już na maksa numer „Strand” od Stephana Bodzina. Po 18:00 przyszedł czas na live’a Francesci Lombardo. Była momentami bardziej dynamiczna niż Dear, ale lirycznymi smuteczkami doprowadziła jednak do tych samych konstatacji co Matthew.

Dużo bardziej festiwalowy był występ Damiana Lazarusa i Ancient Moons. Zaserwowali oni przegląd swoich największych hitów z „Five Moons” na czele. Wino więc nad rzeką przy zachodzącym słońcu jak najbardziej smakowało.

Po krótkiej przerwie scenę opanowali back to back Jackmaster i Jasper James. Było „Sunday Night” (fakt!) od Maxima Kleina i chyba „Ze Dance” Alexa Virgo. Mieli w ogóle panowie trochę tribalowego zacięcia na początku. Przed 23:00 wysiadł jednak prąd. Zrobiło się ciemno i cicho. Na szczęście tylko dwadzieścia minut przed planowanym końcem eventu. Potem impreza przeniosła się jeszcze raz do Cais Novo. W line-upie byli Max Champann czy kobieca siła B.Traits z La Fleur. Nam sił nie starczyło.

W sumie straciliśmy całkiem dużo dobrych setów i wydarzeń, ale przypomnijmy: w sobotę festiwal odbywał się de facto na sześciu scenach! Dwie sceny główne, dwie sceny Cais Novo i jeszcze dwa kluby w Porto. Centrum Porto jest małe, przemieszczanie się między miejscówkami to kwestia kilkudziesięciu minut. Sama impreza w Alfandedze to w zasadzie festiwal w pigułce. Wszystko obok siebie. Żadnego łażenia, szukania i kilometrów w nogach.

Jak na pierwszy raz to RPMM zaproponowało wyśmienity model opanowania miasta przez house. Wystarczy dopracować kilka szczegółów, dokleić jeszcze kilka setek klubowiczów i śmiało robić drugą edycję. Bo line-up, miejsce i koncepcja jest pierwsza klasa. Nie jest to masowy festiwal z biletami za 200 euro, więc jeżeli macie w planach wyjazd do Porto to skorelujcie go z RPMM. W długi weekend można i zwiedzić miasto i posłuchać dobrej muzyki. W takim połączeniu to rozwiązanie idealne.