Pamiętacie numer Age Of Love? Właśnie zremiksował go niejaki Solomun.
Najpierw garść faktów. Renaissance postanowiło odświeżyć kilka staroci. Nową wersję numeru „The Age Of Love” z 1990 roku przygotował Solomun, którego po występie w czarnej koszulce w Tulum nikomu przedstawiać nie trzeba. Po prawie trzydziestu latach numer znowu został wydany i jest ostro promowany. Renaissance stworzyło nawet wydarzenie, że będzie puszczany ten track w BBC, a Tale Of Us już puszcza go na imprezach i zapewne duet wklei go do seta na Audioriver (zaczynam przyjmować zakłady!).
Czy to skok na kasę? Tak się może wydawać, ale ile można „skasować” z EPek i winyli (remiks Solomuna na czarnym krążku ma ukazać się pod koniec sierpnia)? Na pewno to skok na zainteresowanie publiczności, bo kiedy zobaczysz tagi „Solomun” oraz „Remix” oraz „Age of Love”, spodziewasz się kosmicznej rzeczy, która zwali z krzesła, przywoła wspomnienia, które jak zapach kawy o poranku wprawią cię w podniecenie, które trudno ukryć.Odpaliłem głośniki na maksa, rozsiadłem się wygodnie, słucham, słucham, czekam, czekam…
Na „blogu” można dyskutować o gustach, więc powiem Wam, że ten remiks jest tak słaby, że ola dzwoni do boga. Po prostu olaboga. Nie zmienia to faktu, że kliknąłem, przesłuchałem, zobaczyłem z ciekawości co to tam jest.
Na Youtubie znajdziecie na przykład Nine Kraviz, która puszcza oryginał „Age of Love” na jednej z imprez. Szacunek. To po pierwsze odwaga, a po drugie nawiązywanie do staroci, ale w dobrym stylu. Jeden stary numer wymieszany z nowościami zawsze pięknie pachnie. Zgnilizną pachną jednak dla mnie te składanki „Greatest Hits”. Pewnie już rok minął od „Greatest Hits” od Fatboy Slima, który wepchnął tam swoje hity i jeszcze raz przemiksował. To jest zjadanie ogona. Renaissance nie jest aż tak niemądre, żeby wypuścić jeszcze raz oryginał „The Age Of Love” (choć reedycja na winylu rozeszłaby się prawdopodobnie w osiem godzin), dosolili więc staroć Solomunem. Marketingowo jak znalazł.
Lubię stare numery. Ale nie lubię imprez ze starymi numerami i ludzi, którzy zatrzymali się mentalnie w 1990 albo nawet w 2001 roku. „Techno”logiczna muzyka musi iść do przodu. Defected tak długo katowało nas wersjami „Finally” albo „Cant get Enough”, że aż się chciało krzyknąć „ENOUGH”. Sami zapędzili się w nudę, wydawali trzypłytowe składanki z tymi samymi numerami, house się przejadł, zbyt wolno dodawali ten przydomek „tech” i dzisiaj zamiast mieć rezydentury w Pachy, muszą się gnieździć w Es Paradiso. Boję się więc o Renaissance.
Dobry remiks idzie szerszym kręgiem niż oryginał. Wycięty jest fragment wokalu, jakiś sampel. Nowy „hit” od Solomuna nie wnosi ŻADNEJ świeżości do numeru. Mam wrażenie, że został zrobiony na kolanie w samolocie z Ibizy do Hamburga. Posłuchajcie i oceńcie sami.
Zobacz inne wpisy na naszym blogu:
Blog #1: Ranking DJ MAG po raz ostatni…
Blog #2: „Noc jest życiem”? Chyba nie…
Blog #3: Depresja z Dapaykiem w tle w Poznaniu
Blog #4: Dojrzałość z Trainspotting 2