Tym razem relacja z Watergate. Osobista.

W tym roku sylwester w Watergate trwał sześć dni. Wsiedliśmy więc w autobus, bo w Watergate nie byłem od dobrych trzech lat. Wybór padł na Dzień Trzeci. Headlinerem był Kerri Chandler, jedna z house’owych legend, który w tym roku nagrał swoją kompilację dla DJ Kicks, co świadczy tylko o tym, że ciągle jest w TOP.

Zainteresowanie imprezą było uwierzcie, ogromne… O 0:30 w nocy kolejka na Oberbaumbrücke sięgała prawie pierwszej wieży. To był dobry moment, by na spokojnie przeanalizować, czy Berlin zmienia się przez lata z naszej perspektywy. Ja z ciekawości szukałem niemieckich akcentów w okolicy. Kreuzberg jak to Kreuzberg. Minarety, graffiti, amerykański gimbus przed McDonaldem, w którym możesz zrobić urodziny i w którym frytki wcina muzułmańska rodzina, na przeciwko włoska knajpa, brytyjskie muzeum. Niemiecki to był w okolicy chyba tylko mur z drugiej strony rzeki. A, no i kiełbaski. No nie odkryłem wtedy żadnej Ameryki, ale stojąc w kolejce pomyślałem, że przecież niemiecki jest Watergate. Niemiecki jest Berlin, jego techno, jego house’y, jego imprezy do rana i cała kultura.

W Watergate jednak z Niemcami nie było lepiej. Spotkałem Walijczyków, Holendrów, Japończyków i Chińczyków na pęczki, cztery osoby w kolejce mówiły, że są z Gryfic, w toalecie czterech Brytyjczyków chciało się pobić, bo jeden był z Leeds, a drugi z Liverpoolu. Moja teza o tym, że przecież Watergate jest niemieckie też upadła. Niemiecka została więc otwartość, wielokulturowość i mam wrażenie, że turystyczna destynacja parkietu nad Szprewą. Parkietu na rzece, który ciągle jest magiczny niewątpliwie. Bo klub istnieje od 15 lat, ale od 9 lat kiedy byłem tam pierwszy raz, nic się nie zmieniło. Ledowa instalacja nie robi dzisiaj wrażenia. Widok owszem.

Nie zmienia się też berliński pokaz mody. Kreszowe, krótkie spodenki w grudniu, rybackie kapelusze, garnitur, sweter z krawatem, kalosze czy sandały zatrzymałyby w Polsce ciągle na bramce niejednego Krychowiaka. Prawie nigdzie takich atrakcji nie uświadczycie jak w Berlinie.

Wielu pytało, czy Kerri Chandler będzie miał klawisze. Miał. Dogrywał partie, bujał parkietem, house’ował w trochę klasyczny, trochę oldskulowy, trochę nowoczesny sposób. Czasem jazzując. Poniżej grali panowie z Catz ‚n Dogz. Często goszczą w Watergate i możemy być z tego dumni. Widać, że znają „niemiecką” publikę. Potrafią zagrać numer, który ostrożnie nazwałbym irytującym, żeby po momencie wyczekiwania wrócić z techhousowym bujnięciem. Trzymają więc ludzi na Waterfloor, ale pamiętają jednocześnie, że publika jest wymagająca.

Przed Catzami grał duet Instantboner. Chciałbym zwrócić Waszą uwagę na tych gości. Nie należą do mainstreamu, ich livy nie biją w necie rekordów popularności, ale dobrze. Wiecie: kozak w necie… A na parkiecie też kozak. Duet zasługuje na większą uwagę, sprawdźcie go. Moim zdaniem świetny live umieszczam poniżej.

O 7:00 wychodzimy. Za stary jestem. Wychodzimy z niesmakiem na samych siebie, że opuszczamy kolejnych 5 godzin imprezy. Idziemy spać, wstajemy, spacerujemy wzdłuż muru w kierunku Alexanderplatz. Mijamy wejście do klubu Kater Holzig. Jest 14:00. Techno tam maszeruje i niesie się razem z dymem z komina. Z daleka klub wygląda jak skłot bezdomnych. Tam na pewno mordują. Na drzwiach krata. Ale techno się niesie, choć już tylko dla wybranych. Drugi raz zadaje pytanie: za stary jestem na Berlin?

Techno, house, techhouse. Ta kultura ma tyle odcieni, kolorów i barw, że aż ciężko w to uwierzyć. W teorii „techno” to przecież Cocoon Night w Amnesii na Ibizie w tłumie pięknych ludzi z brokatem na włosach. W teorii „techno” to też Watergate z kulturowym tyglem, pokazem niekonwencjonalnej mody, muzyką na pograniczu undergroundu i mainstreamu. W teorii (i tutaj w praktyce) „techno” to też Kater. Dobrze mieć wybór.

Pytam się kilku osób po powrocie:

– Wiecie co? W tym Berlinie to coraz dziwniejsi ci ludzie? Coraz tam brudniej?
– Zawsze tam tak było. Jesteś już za stary na Berlin.

No coś takiego. To za dziesięć lat to już nie wiem, gdzie będziemy jeździć. Chyba Boiler Roomy przed telewizorem.

Zobacz inne wpisy na naszym blogu:

Blog #1: Ranking DJ MAG po raz ostatni… (bo ile to można wałkować?)

Blog #2: „Noc jest życiem”? Chyba nie… (o mocno przeciętnej książce bramkarza z Berghain)

Blog #3: Depresja z Dapaykiem w tle w Poznaniu (w styczniu już nie jeździmy na imprezy)

Blog #4: Dojrzałość z Trainspotting 2 (relacja z kina)

Blog #5: O nietykaniu klasyków (o beznadziejnym remiksie Solomuna)

Blog #6: Techno Liga Mistrzów (bo imprezy są jak mecze)