Imprezowanie jest jak kibicowanie. Podobieństw widzę miliony…

No może nie miliony, ale z sześć na pewno.

Przyjmijmy założenie, że lokalne imprezy z rezydentami to taka solidna polska Ekstraklasa. Nie ma co narzekać. Czasem się coś trafi, jakiś gol z przewrotki czy karne. Jeżeli jednak uzbieraliście trochę pieniędzy to chcecie jechać na przykład do Fabric do Londynu, na Melt! czy do Zouk w Singapurze. I to jest Liga Mistrzów. A jeżeli jesteście fanami wyższego rzędu, to na urlop nie lecicie do Egiptu tylko na mundial. I to jest oczywiście duży festiwal z ośmioma scenami, dwugłowym smokiem i setką artystów. Jak mundial z setką piłkarzy.

Co ma wafel do młyna czy piernik do wiatraka? Zarówno mecz, jak i impreza… mogą być po prostu słabe. Im jestem starszy tym z większym krytycyzmem podchodzę do tematu. Jeżeli impreza nie przypadnie mi do gustu, to mi się po prostu nie podoba i koniec. Co czasami budzi rozczarowanie, że czekasz na kogoś w Fabric do 6 rano i choćbyś NIE WIEM JAK próbował sobie wmówić, że jest kosmicznie, to po prostu nie jest. Bo headliner rozczarował. Jak Christiano Ronaldo, który nie wypoczął w weekend i we wtorek tylko się snuje jak cień po boisku. A Ty nie kupiłeś nowej sukienki dziewczynie, żeby zainwestować w wycieczkę do Madrytu na mecz.

Nawet spotkanie największych piłkarskich marek nie gwarantuje dobrego poziomu widowiska. Może przecież być 0:0 po bezbarwnej grze, albo mecz jest o pietruszkę, bo drużyna A już dawno awansowała.

Identycznie z imprezami. Nawet najlepszy line-up nie gwarantuje poziomu widowiska. Poupychanie wszystkich Villalobosów, Svenów i Richardów w jedno miejsce wcale nie oznacza, że zabawa będzie na sto fajerek.

Poza tym mam wrażenie, że właśnie gwiazdy głównego nurtu zaczynają otaczać się aurą piłkarskich gwiazd. Wiadomo, że w nieco mniejszej skali, ale coraz łatwiej odnieść wrażenie, że balonik napompowany jest nieco zbyt mocno. W kulturze techno, która z założenia była dostępna dla wszystkich, zaczyna rosnąć wielka pancerna szyba, która oddziela plebs od ekskluzywnych imprez w willach na Ibizie. Tam mają dostęp tylko znajomi, znajomi znajomych, widok jest przepiękny, wszystko transmituje DJ Magazine, a szanse dostania się w takie miejsce są takie, jak możliwości zasiadania w loży vipowskiej Manchesteru United. W największych klubach grają ludzie, warci podobno 200 milionów euro. Ile może być warte godzinne granie topowego DJa? Ciężko mi stwierdzić, ale jeżeli nie  jest to live, a tylko dj set zagrany z pendrivów, gdzie miksowane są dwa numery, to i tak powiem szczerze, że za dużo. Nie ma gwarancji, że Neymar strzeli gola i zagra bajecznie. Na festiwalu nie masz gwarancji, że Villalobos się nie zawiesi i nie puści trzy razy pod rząd swojej 64-minutowej edycji „Everywhere you go”.

To tylko ludzie. Niektórzy antyfani Ronaldo mówią, że on czasami „pajacuje”. DJ-e pajacują na potęgę dotykając gałeczek na mikserze i zmieniając ich położenie o ćwierć milimetra. Nikt tego nie słyszy i nie ma to najmniejszego znaczenia, ale COŚ trzeba robić. Teraz w dobie Boiler Roomów rzuca się to w oczy bardziej niż kiedykolwiek.

Imprezy jak mecze. Organizatorzy zaczęli budować otoczki wokół eventów, często bardziej napompowane niż sama impreza. Są trailery, plakaty, symbole, wręcz mistyczne znaczki (pomyślmy na przykład o cyklu „Mosaic”). Wizualne oprawy, największe gwiazdy, 30 sekundowe klipy podczas których eksploduje Ci głowa. Z drugiej mańki: nie musisz być fanem piłki nożnej, żeby natknąć się na zapowiedź Ligi Mistrzów i przez chwilę pomyśleć: „to musi być fajne!”. Wizualne oprawy, największe gwiazdy, plakaty, symbole, trailery, 30 sekundowe klipy… A na boisku 0:0 przez 90 minut.

Z techno jak z piłką nożną. Musisz pojechać na dziesięć spotkań, żeby trafić na imprezowe 3:3 i dogrywkę i karne, które zapewnią Ci emocje wyższego rzędu. I coraz bardziej trzeba z showbizem walczyć o sport w piłce, tak jak w techno muzyka walczy z showbizem i promocją whisky.

Zobacz inne wpisy na naszym blogu:

Blog #1: Ranking DJ MAG po raz ostatni… (bo ile to można wałkować?)

Blog #2: „Noc jest życiem”? Chyba nie… (o mocno przeciętnej książce bramkarza z Berghain)

Blog #3: Depresja z Dapaykiem w tle w Poznaniu (w styczniu już nie jeździmy na imprezy)

Blog #4: Dojrzałość z Trainspotting 2 (relacja z kina)

Blog #5: O nietykaniu klasyków (o beznadziejnym remiksie Solomuna)