Tensnake, Claptone, Jan Blomqvist, Blond:ish, Nicone czy Skepta. Takie gwiazdy z „naszej bajki” miały wystąpić w kwietniu i maju 2017 roku na festiwalu Fyre na Bahamach. To miało być luksusowe wydarzenie na prywatnej wyspie, z modelkami, jachtami, willami, namiotami z widokiem na ocean, blogerkami, gwiazdami i w scenerii, która wręcz pachniała serduszkami z Instagrama.

Finał finałów? Festiwal się nie odbył, ludzie, którzy przylecieli na Bahamy wyrzucili pieniądze w błoto, a o skandalu pisały wszystkie media z New York Timesem na czele. Do Europy zła sława Fyre Festival niespecjalnie jednak dotarła. Śledzę jako tako to co dzieje się na festiwalach, ale o Fyre wcześniej nie słyszałem. Pewnie właśnie przez te modelki. Bo jeżeli imprezę promuje Emilia Ratajkowska w bikini, to raczej nie mamy prawa szukać tam muzycznego orgazmu.

Tak o tym co zastali uczestnicy na miejscu opowiadał kanał CBCNews.

Pewnie słowem o Fyre byśmy się nigdy na Kluboterapii nie zająknęli, gdyby nie grupka tych znanych nam, wymienionych na początku artystów i film zrealizowany przez platformę Netflix.

Tydzień temu pojawił się tam taki… nazwijmy to film dokumentalny pod tytułem: „Fyre. Najlepsza impreza, która nigdy się nie zdarzyła”. Z dość sceptycznym nastawieniem obejrzałem pierwsze 10 minut filmu i… trochę mnie ta historia wkręciła, przyznaję.

Po pierwsze. To bajka z naszych czasów, gdzie dobra reklama, dobry spot, piękne kobiety, luksusowe zabawki, otwierają w mózgach wielu osób przegródki z dopaminą. Magia promocyjnych filmów i zaklętych w minutowym klipie emocji i kawałka idealnego ciała podrywa nas z krzeseł. Nieważne czy to reklama samochodu, butów czy imprezy na Bahamach.

Po drugie. To też ciekawa historia (co prawda z amerykańskiego punktu widzenia) jak bardzo skomplikowaną sprawą jest „ot zrobienie festiwalu”. O ilu szczegółach trzeba pomyśleć, ile osób zaangażować, jak wcześnie zacząć działać. Wielu organizatorów mówi: „o przyszłej edycji myśleliśmy zanim skończyła się ta obecna”. Wielu puka się w głowę. A to organizatorzy mają rację, jeżeli traktują coś poważnie.

Po trzecie. Kilka festiwali w ciągu ostatnich kilku lat odwołano. Przyczyny? Zawsze „niezależne od organizatorów”. Po obejrzeniu filmu o Fyre, można spojrzeć na to z nieco innej strony. Skoro oszukują nas deweloperzy czy sprzedawcy samochodów, to dlaczego nie może oszukać nas organizator imprezy na Bahamach? To smutne. Nie popadajmy w paranoję, ale… jak w życiu. Trzeba uważać.

„Dokument” o Fyre to film wręcz katastroficzny. Historia jednocześnie o próżności, reklamie, sprzedaży, ale i ciężkiej pracy na marne, ludziach oszukanych nie tylko na szczycie drabiny, ale także na jej dole. Taka trochę przestroga, by nie wierzyć we wszystko co zobaczymy na Instagramie. Bla, bla, bla. Każdy o tym wie. A i tak sami potem jesteśmy cegiełką, która buduje mur nieistniejącej rzeczywistości.

Oczywiście niektóre elementy filmu biły mnie po oczach. Dużo coś tam materiału jak na dokument, dużo filmików z rozmów, które nigdy nie powinny być filmowane. Wiele osób chce się tym filmem „wybielić” no i w ogóle ma taki trochę amerykańsko-paradokumentalny blichtr, ale przymykam na to oko. Myślę, że warto poświęcić czas i ten dokument o „Fyre” zobaczyć. Można „rozdziawić gębę”. Świeża rzecz. Daję mocną czwórkę.

(zdjęcie: pixabay.com)

Czytaliście może inne artykuły z naszego klubowego bloga? Zapraszamy do klyk, klyk.